wtorek, 24 listopada 2009
Słów kilka o zmarnowanym potencjale...
Przedwczoraj skończyłem grę Assassin's Creed. Zrobiłem to w 3 albo 4 wieczory, ponieważ bałem się, że jeśli ją odstawię na półkę, to później nie będę miał tyle silnej woli, aby do niej wrócić. Do niepodważalnych zalet tego tytuły należy piękna grafika (nigdy wcześniej nie widziałem tak doskonale odwzorowanych wielkich miast, z dużą ilością ludzi, szeroką gamą różnych budynków oraz widocznością po horyzont, gdy wspinamy się na wieże kościołów czy meczetów), ciekawe postaci, "wylewający się" z ekranu klimat, intuicyjne sterowanie i bardzo dobre, choć otwarte na kontynuację (która jest już od 4 dni w sklepach) zakończenie. Niestety przyjemnośc z gry zabija w dużym stopniu fakt, że misja nr 2 jest prawie taka sama jak misja nr 1 (przyjedź do miasta, pogadaj z szefem biura, odszukaj najwyższe punkty i zaktualizuj mapę dzięki oglądaniu miasta z ich szczytów, posłuchaj co ludzie mówią o twojej ofierze, wróć do biura po pozwolenia na akcję i zabij ofierę), a misja 3 taka sama jak ta z numerem 2. I tak niestety aż do misji nr 9 i zakończenia, które sa trochę odmienne, co więcej dużo ciekawsze. Niestety ta gra, mimo że jest tzw. produkcją AAA (czyli w jej stworzenie była zaangażowana duża liczba osób, a budżet był liczony w milionach dolarów), nie ustrzegła się sporej ilości błędów technicznych, takich jak np. bohater przenikający chodnik po upadku, wieszanie się czy znikanie bohaterów w czasie cut-scenek. Gdzie byli beta-testerzy? Za co dostawali pieniądze? Z tego co słyszałem AC 2 jest pozbawiony większości błędów poprzednika, a zalety pozostały. Spotkałem się wręcz z opinią, że jedynka od początku miała wyglądać tak, jak Ubisoftowi wyszła dwójka. Mam nadzieję, że niedługo się o tym przekonam, bo chciałbym poznać dalsze losy starcia assasynów z templariuszami. To tyle na dzisiaj, wracam do pisania magisterki. Do przeczytania,
poniedziałek, 16 listopada 2009
Krótkie studium samotności...
Staram się jak ognia uniknąć wpisów, które zdradzałyby zbyt dużo szczegółów z mojego życia osobistego. Jednakże teraz zrobię wyjątek i podzielę się z Wami tym, jak się czuję. Od prawie roku (dokładnie od 11 miesięcy i 16 dni) najsilniejszym uczuciem, które towarzyszy mi przez większość czasu jest tęsknota. Poczyniłem w związku z tym kilka obserwacji. Po pierwsze okazuje się, że to uczucie może być zarówno pozytywne jak i negatywne i takiż wpływ na funkcjonowanie człowieka może wywierać. Na początku dostrzegasz tylko te złe strony - brak drugiej osoby u boku, samotne zasypianie, konieczność planowania wszelkich wspólnych działań z dużym wyprzedzeniem, wreszcie "przykucie" się i uzależnienie od komórki czy skype'a. Jednakże druga, chyba dojrzalsza forma tęsknoty potrafi nieść ze sobą oddziaływanie pozytywne. Każda wizyta czy wspólny wyjazd urasta do rangi święta, starasz się, aby było idealne, jesteś w stanie bardziej docenić to wszystko za co tę jedyną osobą obdarzyłeś miłością, jakie pozytywne zmiany następują w jej zachowaniu (i jak pięknieje w Twoich oczach ze spotkania na spotkanie). Po drugie wydaje mi się, że dzisiaj jestem osobą zdecydowanie silniejszą zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym. No bo co może mnie "ruszyć", skoro wiem już doskonale czego chcę od życia i konsekwentnie do tego dążę? Do przeczytania,
środa, 02 września 2009
Praga, Praha, Praag, Prague...
Wczoraj i dziś udało mi się spełnić jedno z moich największych podróżniczych marzeń - pojechałem na 2 dni (i 3 noce) do Pragi. Pomimo, że nie była to zbyt długa wycieczka podobało mi się tu tak bardzo, że jestem przekonany, iż wybiorę się do stolicy Czech ponownie. Co konkretnie przypadło mi go gustu? Otóż lista jest dość długa:
wtorek, 25 sierpnia 2009
Zaczynam doceniać PKP, czyli Włosi to idioci...
Polska jest bezsprzecznie krajem, który ma duży problem z koleją. Pociągi są (w większości) w bardzo słabym stanie technicznym, o kondycji dworców, nawet tych międzynarodowych nie warto wspominać, a tory nie pozwalają zwykle rozwijać prędkości powyżej 100 km/h. Do tego dochodzi bałagan w strukturze właścicielskiej, relatywnie drogie bilety oraz plaga opóźnień i awarii. Będą c we Włoszech przekonałem się jednak, że nie my jedyni w Unii Europejskiej cierpimy na podobne problemy. Wagony zwykłych pociągów (tzn. regionalnych i ekspresów) są chyba jeszcze starsze i brudniejsze od naszych, ich jedyną przewagą jest działająca klimatyzacja, ale w warunkach 35 stopni Celsjusza na dworze inna sytuacja byłaby zbrodnią. Spóźnienia również nie należą niestety do rzadkości. Gwóźdź do trumny wbiła jednak „przygoda”, która przydarzyła mi się w czasie podróży powrotnej do Diano Marina z wycieczki do Monte Carlo. Otóż pociągi kursujące na tej trasie mają przesiadkę na granicy, w miejscowości Ventimiglia. Francuski skład, którym jechaliśmy z Monaco zaliczył z powodu drobnych problemów technicznych około 15-to minutowe opóźnienie, dlatego nie udało nam się złapać osobowego połączenia do Diano, na które mieliśmy wykupiony bilet. Zauważyliśmy jednak, że przy sąsiednim peronie stoi ekspres do Mediolanu (jadący przez Genuę, czyli naszą trasą), który miał odjechać za kilka minut. Szybko się tam przedostaliśmy, dopadłem konduktora i pytam: „Czy ten pociąg zatrzymuje się w Diano Marina”. On: „Tak, proszę wsiąść. Państwa bilety są na osobowy, więc potem pobiorę od was dopłatę.” Odszedłem i patrzę na elektroniczny rozkład. A tam ani słowa o przystanku w Diano. Podchodzę więc jeszcze raz i pytam: „Czy ten ekspres na 100% staje w Diano”, „Tak” rzekł przemiły młody Włoch. No więc uspokojony wsiadam do pociągu, zajmuję sobie wolne siedzenie i po kilku minutach odjeżdżam. Nie minął kwadrans, a przychodzi mój miły konduktor, ogląda dokładnie nasze bilety i mówi: „Dobrze, wszystko okey, za jakiś czas przyjdę i uregulujemy różnicę w cenie. A w ogóle, to radzę się przesiąść do innego wagonu, bo ten jest jedynym, gdzie trochę szwankuje klima”. No to grzecznie przesiedliśmy się i czekamy. Minął prawie cały szacowany przez nas czas dojazdu do Diano, a jego nie ma. Wyszliśmy więc na korytarz, aby w razie czego móc szybko wyskoczyć (w końcu to ekspres, to pewnie w takiej mieścince stać długo nie będzie). No i patrzymy sobie przez okna, jest nasza stacja, a nasz pociąg raźno śmiga dalej i wcale nie hamuje. Zatrzymał się dopiero w Alessii, ok. 20 minut później, gdzie musieliśmy łapać kolejny osobowy, aby wrócić do domu. Zastanawiam się tylko teraz, czy ten konduktor nie pojawił się po raz kolejny po opłatę, bo uświadomił sobie swoją pomyłkę i było mu wstyd… Do przeczytania,
niedziela, 23 sierpnia 2009
Liguria - raj nieodkryty (przez Polaków ;-) )
Piszę tą notkę z miejscowości Diano Marina na włoskim wybrzeżu liguryjskim. Po raz kolejny muszę przeprosić wiernych czytelników za brak aktualizacji bloga przez ponad tydzień, ale sporo się przez ten czas w moim nudnym życiu wydarzyło ;-). Chciałbym poświęcić najbliższych kilka zdań właśnie temu przepięknemu miejscu, gdzie obecnie przebywam. Wybrzeże liguryjskie należy do najpopularniejszych regionów turystycznych wśród samych Włochów. Doceniają oni ciepły, acz nie gorący, klimat tego regionu, bogatą florę i faunę, a także bliskość wysokich gór i ciepłego, lazurowego morza. Jak już wspomniałem Diano i okoliczne miejscowości są przede wszystkim miejscem wypoczynku mieszkańców Italii. Wiąże się z tym szereg plusów, m.in. brak hałaśliwych Anglików i Niemców w dzień na plaży i w barach wieczorami czy możliwość porozumiewania się w rodzimym języku bez ryzyka, że ktoś nas zrozumie ;-). Z drugiej jednak strony problemem jest nieznajomość angielskiego/ niemieckiego przez wielu kelnerów/sprzedawców/usługodawców, co utrudnia życie, ale nie do tego stopnia, aby obrzydzić wczasy. Jako że jest to przede wszystkim blog piłkarski, to poświęcę także jeden akapit mojej ulubionej dyscyplinie sportu. W ten weekend zainaugurowała rozgrywki Seria A. Pierwotnie planowaliśmy się z tatą wybrać na mecz FC Genoa z Romą, ale niestety okazało się, że odbędzie się on późnym wieczorem i na pociąg do naszej miejscowości musielibyśmy czekać aż do 5 rano. Sam (ew. z kumplami) bym się na taki krok dla obejrzenia Romy zdecydował, ale nie mam serca ciągać taty. Dlatego też spróbujemy w zamian w przyszły weekend wybrać się na również zapowiadające się ciekawie spotkanie Sampdorii z Udine, które odbędzie się w niedzielę o 15. Jeśli wyjazd dojdzie do skutku nie omieszkam go tu opisać :) Do przeczytania,
sobota, 15 sierpnia 2009
Wiecznym chłopcem być ;-)
Przemogłem się. Wydałem zdecydowanie zbyt dużo pieniędzy i po 2 latach czekania kupiłem sobie Playstation 3 z dwoma grami i kabelkiem HDMI. Długo rozważałem za i przeciw tego zakupu, ale wreszcie to zrobiłem. Na razie ciężko mi ocenić, czy te pieniądze zostały dobrze wydane, może kiedyś poświęcę dłuższą notkę temu tematowi. Tutaj zajmę się innym aspektem - otóż konsole od czasów debiutu mojej poczciwej PS2ki do teraz przeszły niesamowitą ewolucję. Stara czarnulka posiadała w menu kilka opcji do ustawienia i tyle. PS3 to multimedialny kombajn, w którym konfigurowalne jest prawie wszystko, a ilość dodatkowych funkcji powala. Co więcej pierwsze włączenie sprzętu mnie lekko zszokowało. Najpierw trzeba było skonfigurować połączenie z netem. Zajęło mi to ok. 1.5 godziny (wpisywanie kodu WEB i nazwy access pointu z joypada rządzi...), następnie konsola zażądała aktualizacji firmware'u (chciałem stworzyć profil na PSNetwork). Niestety nie miałem możliwości podłączenia PS3 do internetu kablowego, a na bezprzewodowym ściągało się to bardzo wolno. Dlatego musiałem zaprzęgnąć do pomocy swojego PCta i za jego pomocą ściągnąć 150cio megową paczuszkę. Po zainstalowaniu jej z pendrive'a nastąpił żmudny proces rejestrowania się na PSNetwork i tworzenia swojego profilu. Minęło kolejne pół godziny. Gdy wreszcie wykonałem te wszystkie czynności (byłbym zapomniał - trzeba było jeszcze poustawiać trochę opcji w systemie konsoli) zorientowałem się, że zanim odpaliłem jakąkolwiek grę minęły już 3 godziny! No ale ostatecznie czytnik PS3 "łyknął" Motorstorma. No i co nastąpiło - AKTUALIZACJA! Patch musiał być ogromny, bo ściągał się około pół godziny. Wtedy postanowiłem dokończyć to "piekło" za jednym zamachem, wyjąłem płytkę i wrzuciłem Fallouta. Tutaj na szczęście było łatwo i przyjemnie, bo moja czarnula zassała 24 mega w kilka chwil. Teraz mogłem się już nacieszyć konsolą i grami, więc... wszedłem na PSStore i włączyłem ściąganie ważącego 1.2 GB dema Uncharted :D. Oczywiście trochę ubarwiłem tę historię, ale mimo wszystko przeżyty przeze mnie szok był spory... Do przeczytania, Rozgrywki Premiership czas zacząć
Dzisiaj inauguruje swoje rozgrywki najlepsza i najciekawsza (przynajmniej ja tak uważam) piłkarska liga świata, czyli angielska Premiership. Na początek obejrzymy spotkanie Chelsea z Hull City, czyli teoretycznie Londyńczycy nie powinni mieć większych problemów ze zdobyciem trzech punktów, szczególnie, że na inaugurację nie zwykli przegrywać. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż sezon 2009/10 będzie ciekawszy niż poprzednie. W ostatnich latach w walce o tytuł liczyły się jedynie zespoły z tzw. Wielkiej Czwórki (Arsenal, Chelsea, Liverpool, Manchester United) i to nie zawsze wszystkie. Teraz natomiast te 4 czołowe zespoły na papierze wydają się być słabsze (Manchester) lub prezentować podobny poziom jak przed rokiem (Chelsea). Za to kilka innych drużyn, że wspomnę jedynie napompowany petrodolarami Manchester City ma bardzo wysokie ambicje, ich włodarze liczą na występy swoich pupili co najmniej w eliminacjach Ligi Mistrzów. Co więcej gdy rzucić okiem na składy tych zespołów, to faktycznie można dojść do wniosku, iż nie są to mrzonki. Ja oczywiście nie jestem obiektywny i będę bardzo mocno trzymał kciuki za Kanonierów, jednakże mam świadomość, że ich tryumf (przy założeniu, że Wenger nie wzmocni zespołu do końca okienka transferowego jednym, dwoma graczami) będzie sporą niespodzianką. Ale napewno łatwo broni nie złożymy. Magiczne trio Cesc - van Persie - Arshavin na 100% pokaże najpiękniejszy futbol na wyspach :). Do przeczytania,
wtorek, 11 sierpnia 2009
O mojej nieobecności słów kilka
No coż, nie pisałem nic w ostatnim tygodniu, ponieważ udało mi się wyrwać na 8 dni nad morze z kolegami. Postanowiliśm, za namową jednego z nich, wybrać się do Ustki. Żaden z nas nie był wcześniej w tym kurorcie, zwanym przez niektórych letnią stolicą Polski. Wyjazd ten trzeba ocenić w dwóch totalnie rozłącznych aspektach. Z jednej strony ekipa była bardzo zgrana i urodziliśmy masę świetnych pomysłów. Do tego pogoda dopisała, a ja przemogłem się i regularnie pływałem w zimnym jak zwykle Bałtyku. Jeśli jednak miałbym oceniać samo miasto, to jest ono niestety niezłym zadupiem. W porównaniu do Jastrzębiej Góry, w której byłem już bodaj 11 razy, turysta znajdzie w Ustce dużo mniej porządnych restauracji i właściwie żadnego drink baru z prawdziwego zdarzenia. Poza tym ceny usług są niewspółmiernie wysokie do ich jakości (z wyjątkiem noclegów, które dla odmiany są "podejrzanie" tanie). Myślę, że jeśli będę chciał za rok wybrać się w wakacje nad polskie morze, to znowu będzie to JG... Do przeczytania,
niedziela, 02 sierpnia 2009
Refleksje po Emirates Cup
Emirates Cup 2009 już za nami. Arsenal po raz drugi w trzyletniej historii turnieju zakończył weekend na pierwszej pozycji. Co więcej zaprezentował bardzo dobrą, atrakcyjną dla oka grę. Najlepszymi zawodnikami turnieju byli zdecydowanie Andriej Arshavin oraz 17-letni Jack Wilshire. Jeśli chodzi o Rosjanina, to nie było w żadnym stopniu zaskoczeniem, ale młody angielski skrzydłowy już drugi rok z rzędu czaruje kibiców w czasie okresu przygotowawczego swoimi nieprzeciętnymi umiejętnościami. Kolejnym pozytywnem jest postawa Alexa Songa w roli defensywnego pomocnika (bo jako obrońcy jeszcze dużo mu do Gallasa czy Kolo Toure brakuje). Jeśli uda mu się utrzymać taką taktyczną i fizyczną dyspozycję w trakcie właściwych rozgrywek przestaniemy ostatecznie narzekać na brak zawodnika pokroju Flaminiego czy Gilberto Silvy. Sensowna wydaje się w takim razie koncepcja sprowadzenia z powrotem Patricka Vieiry jako mentora i nauczyciela dla Songa i ew. Denilsona (chociaż w mojej opinii ten chłopak niestety już wiele się nie nauczy). Ogólnie patrząc na to, jak płynnie Kanonierzy grali w obu spotkaniach i, co ważniejsze, jak przez większość czasu nie pozwalali klasowym przeciwnikom dojść do głosu można zacząć się zastanawiać, czy aby faktycznie mantra o dostatecznie silnym składzie powtarzana non-stop przez Wengera nie jest prawdziwa... Do przeczytania,
piątek, 31 lipca 2009
Króciutka reflekcja na temat "ogólnożyciowy" - w polskich instytucjach jest bardzo ciężko cokolwiek załatwić, trzeba się nabiegać, nakombinować, nagadać, naprosić, no i oczywiście wypełnić setki formularzy. Ale za to odwołać to samo jest podejrzanie łatwo - jeden mail, jedno podanie i tyle. Dziiiiiiwne. Do przeczytania,
wtorek, 28 lipca 2009
Idiota albo cudotwórca, nie ma już trzeciej drogi...
Wchodzi sobie człowiek do internetu, surfuje po stronach i nagle natrafia na newsa nt. Kolo Toure, który prawdopodobnie zasili szeregi Manchersteru City. Jako osobnik przywykły do wybujałej wyobraźni wszelkiej maści pismaków traktuję tego typu informacje ze spokojem. Jednakże po wejściu na oficjalną witrynę klubu z Londynu mina mi trochę zrzedła, bo na temat tej "plotki" wypowiada się le Boss, czyli sam Arsene Wenger. Menager Kanonierów stwierdza, że ma obecnie bardzo dużo środkowych obrońców w kadrze i wszystko rozstrzygnie się w ciągu najbliższych 24 godzin. Załóżmy teraz na chwilkę, że Arsenal faktycznie oddaje reprezentanta Wybrzeża Kości Słoniowej do arabskiego zespołu. Z jednej strony ruch ten może wydać się racjonalny, bo obecnie w kadrze drużyny znajduje się aż siedmiu potencjalnych środkowych defensorów (Toure, Gallas, Vermaelen, Djourou, Silvestre, Senderos, Song). Od początku lata sam byłem zwolennikiem redukcji tej liczby o 1, 2, a może nawet 3 grajków. Jeśli jednak na spokojnie zanalizować sytuację, to czołowy klub Europy, a do takich podobno Arsenal chce być zaliczany, powinien eliminować ze składu graczy najsłabszych, nie czołowych. Dlatego nie płakałbym, gdyby Wenger oddał gdzieś Silvestre'a (kompletnie nieudany zakup, dobrze, że był chociaż tani), Senderosa (Szwajcar sam powiedział, że nie widzi dla siebie szansy w tym zespole, a poza tym kocha Milan ;-) ), czy nawet Songa i Djourou. Wydaje mi się, że byłbym w stanie zrozumieć sprzedaż Gallasa, bo chociaż ostatni sezon miał do momentu kontuzji bardzo udany, to jednak ma ponad 30 lat i tylko rok do końca umowy, więc w lipcu 2010 będzie mógł nas opuścić za darmo. Jednakże nie jestem w stanie pojąć, co poza odbywającym się w zimie Pucharem Narodów Afryki, świadczy na korzyść sprzedawania Toure? Mówiąc krótko nie podoba mi się to, co wydarzy się zapewne dzisiaj albo jutro i szczerze mówiąc nie rozumiem zamiarów Wengera. Najbardziej się obawiam, że nawet jeśli ten transfer dojdzie do skutku i w klubowej kasie pojawią się łącznie 43 miliony funtów (2, które zostały z zakupu Vermaelena, 25 ze sprzedaży Adebayora i 16 uzyskane za Kolo Toure), to i tak francuski menager nie podejmie decyzji o wzmocnieniu zespołu. A przecież napastnik i środkowy defensywny pomocnik są nam potrzebni "na wczoraj". Dlatego też zdecydowałem się na taki kontrowersyjny tytuł. Jeśli Wenger zdecyduje się rozegrać zbliżający się sezon składem osłabionym w stosunku do poprzednich rozgrywek, których za sukces przecież uznać nie można, to będzie bardzo odważnym człowiekiem. I albo zostanie bohaterem i jeszcze mocniej zapisze się w historii klubu albo będzie musiał odejść... Do przeczytania, Pogłoski o mojej śmierci itd. ;-)
Postanowiłem dodać kolejny wpis do blogu, aby uspokoić osoby, które zaczęły się zastanawiać czy nie skonał on zanim nie zdążył się porządnie rozwinąć. Otóż oświadczam, że zarówno autor jak i jego dziennik mają się dobrze. Brak aktualizacji był spowodowany po prostu nagromadzeniem się różnego rodzaju obowiązków w życiu autora, związanych ze zmianą długofalowych planów. Zresztą niektóre sprawy są jeszcze do końca nie wyjaśnione i czeka bloggera (tzn. mnie ;-) ) trochę papierkowej roboty. Obiecuję jednak, że już dziś/jutro pojawi się jakiś dłuższy i, mam nadzieję, ciekawy wpis merytoryczny. Pozdrawiam,
czwartek, 23 lipca 2009
Jak po wielkiej bitwie kurz...
W komentarzach pod poprzednim wpisem pojawiło się zapotrzebowanie na notkę pomeczową. Postanowiłem więc mimo obrzydzenia spowodowanego wczorajszym spotkaniem (bogu dzięki, że nie musiałem tego oglądać) napisać kilka zdań. Opisanie po krótce sytuację, która obecnie ma miejsce w Wiśle. Jako że prawie nikt w Polsce nie oglądał tego spotkania zajmę się tym, jakie mogą być konsekwencje tego blamażu. Tak, blamażu, bo inaczej tej porażki określić nie umiem. Mimo, że Wisła zajmuje ważne miejsce w moim sercu. Pierwsze pytanie brzmi - czy zwalniać trenera Skorżę? Pewne jest, że popełnił błędy w przygotowaniu fizycznym graczy. Sam się zresztą poniekąd przyznał, że szykował pierwszy szczyt formy na czwartą rundę eliminacji LM. Niestety za bardzo uwierzył w siebie i umiejętności swoich zawodników. Myślał chyba, że "amatorów" z Estonii da się pokonać na stojąco. Zresztą, zobaczymy jak się będzie Wisła prezentowała w lidze w czasie, gdy będą się odbywać mecze rzeczonej fazy. Może faktycznie piłeczka będzie śmigać aż miło? Tylko co to nam teraz da? NIC. Z drugiej jednak strony trzeba pamiętać, że ten facet zdobył dla Wisły 2 mistrzostwa kraju, a co więcej dokonał tego zaraz po najgorszym sezonie od wejścia TeleFoniki do klubu. Podsumowując ten akapit - nie podejmuję się odpowiedzi na postawione pytanie. Drugie pytanie - czy zwalniać dyrektora Jacka Bednarza? Z jednej strony to okienko transferowe na papierze wygląda naprawdę nieźle. Po stronie odejść jedynie odrzuty w rodzaju Dawidowskiego, Vargi i (niestety, bo bardzo liczyłem na tego zawodnika, gdy przychodził 2 lata temu) Niedzielan oraz 2 klasowych (jak na polską ligę oczywiście), ale mimo wszystko wiekowych grajków, czyli Baszczyński i Zieńczuk. Za to do klubu przyszedł czołowy zawodnik reprezentacji Słowenii, grający na tej samej pozycji co Zieńczuk, były wielokrotny reprezentant polski Mariusz Jop (który co więcej sprowadzony był jedynie jako zmiennik dla pary Marcelo-Głowacki), młody urugwajski prawy obrońca Alvarez (który rozegrał pełny sezon w Serie A) oraz chyba najlepszy playmaker polskiej ligi, czyli Łukasz Garguła. Z drugiej jednak strony Jop i Alvarez przyszli za późno - jeden, aby dojść do formy, a drugi, aby w ogóle wystąpić w spotkaniach z Estończykami. Poza tym za kadencji JB Wisła przetestowała już 20 bramkarzy i wciąż nie znalazła zastępcy/następcy dla Mariusza Pawełka, który z miesiąca na miesiąc gra coraz gorzej, ale o tym za chwilę. Do tego dochodzi problem braku zmiennika dla Pawła Brożka oraz niewypały transferowe z poprzednich okienek, że wspomnę jedynie Wojtka Łobodzińskiego i Radka Matusiaka. Mimo wszystko wydaje mi się jednak, że wyrzucanie "Łysego" nie jest najlepszym pomysłem, bo w każdym okienku jest aktywny, sprowadził przez te 2 lata sporo niezłych grajków, no i część jego niepowodzeń jest napewno spowodowana torpedowaniem transferów przez radę nadzorczą. Pytanie nr 3 - czy zwalniać prezesa Wilczka? Odpowiedź krótka i dotycząca przy okazji tzw. rady nadzorczej - czy to ważne? Przecież ktoby się na tym stołku nie znalazł i tak będzie jedynie "awatarem", realizującym pomysły nadprezesa z Myślenic. Pytanie czwarte - co zrobić z Rafałem Janasem i Jackiem Kaźmierskim? Odpowiedź - WYWALIĆ NA ZBITY PYSK, najlepiej bez odprawy. Syn wybitnego myśliwego i obrońcy (no bo nie trenera) zawalił kompletnie rozpoznanie przeciwnika, a jego wypowiedzi przed dwumeczem świadczą, że go po prostu przy okazji zlekceważył. Za to Pan Jacek zdaje się być współwinny regresowi formy Mariusza Pawełka na przestrzeni 2 sezonów. Okey, to nigdy nie był wybitny bramkarz, ale w swoim pierwszym sezonie bronił o niebo lepiej niż ostatnio. Poza tym dało się nieraz słyszeć, że utrudniał pozyskanie nowych bramkarzy (bardzo dużo się pisało o tym, że to właśnie Kaźmierski wpłynął decyzję o rezygnacji z doskonale spisującego się w sparringach Nurkovica). Pytanie piąte wreszcie, czyli: co zrobić z piłkarzami? Nikt raczej nie zacznie renegocjować konkraktów, zresztą już dzisiaj sami przedstawiciele klubu potwierdzili, że nie mają takich planów. Ja mimo wszystko nie jestem zwolennikiem kar. Wydaje mi się, że jeśli nasi "kopacze" są profesjonalistami, to będą chcieli zdobyć kolejnego majstra i w ten sposób udobruchać kibiców. Jeśli im się to nie uda, to wtedy być może faktycznie wartoby rozważyć rewolucję. Sytuacja ekonomiczna po odpadnięciu z rozgrywek pucharowych może zmusić klub do pozbycia się któregoś z najlepszych/najdroższych piłkarzy. Pytanie tylko, czy znajdą się kupcy, którzy dadzą satysfakcjonującą cenę? I czy nie ucierpi na tym poziom sportowy zespołu. Jakie decyzje zapadną w najbliższych dniach wie tylko Bogusław Cupiał. Ja się nie mam zamiaru bawić we wróżkę, jako że wiele z jego działań podejmowanych w kontekście Wisły było pozbawione sensu. Na koniec ciśnie mi się na usta jedno pytanie - coby było, gdyby Garguła i Boguski (zdecydowanie najbardziej kreatywni piłkarze tego zespołu) mogli wystąpić w tym dwumeczu? Cóż, teraz to każdy sobie może gdybać... Do przeczytania,
środa, 22 lipca 2009
sobota, 18 lipca 2009
Brzdęk brzdęk, czyli sakiewki dźwięk
Po dość leniwej i bezczynnej sobocie wchodzi sobie człowiek do internetu i widzi coś takiego: http://www.kanonierzy.com/shownews_id-12492_Adebayor-oficjalnie-w-City-.shtml. Pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy - mój ulubiony zagraniczny klub stracił świetnego zawodnika. Człowieka, który strzelił dla Kanonierów 46 goli w 104 spotkaniach Ligi Angielskiej w ciągu 2,5 sezonu. Do tego dołożył liczne trafienia w Lidze Mistrzów, krajowym pucharze etc. Co więcej był typem "dominatora" pola karnego, którego obawiali się nawet najlepsi środkowi obrońcy świata, na czele z Vidiciem czy Terry'm. Napastnik z Togo mógł być przez wielu uznawany za idealne rozwiązanie dla Arsenalu na kilka najbliższych lat. Jednakże prawda leży zupełnie gdzie indziej. Wszystko wskazuje na to, że Adebayor to człowiek niesamowicie kłótliwy, przesadnie przekonany o własnej wartości i łasy na pieniądze. O tym pierwszym świadczy fakt, że przed przyjściem do Arsenalu w zimie 2005/06 podjął strajk w Monaco, mający na celu wymuszenie na działaczach zespołu z księstwa transferu do Premiership. Następnie co kilka miesięcy prasa i internetowe portale donosiły o kłótniach Manu z kolejnymi trenerami, działaczami i piłkarzami reprezentacji Togo. Zresztą o ile dobrze pamiętam, to obecnie jest on "obrażony" na kadrę narodową. Wartoby też przy tej okazji wspomnieć o tym, że kilka miesięcy temu mało nie pobił się na boisku z kolegą z Arsenalu, Nicolasem Bendtnerem (który również aniołkiem nie jest, ale to już materiał na inną opowieść). Jeśli chodzi o przecenianie samego siebie, to niestety wystarczy wziąć wywiady sprzed 2,3 lat, a także te z końcówki ubiegłegosezonu i porównać. Zdobycie 30 goli w rozgrywkach 2007/8 sprawiło, że Togijczyk obrósł w piórka i uznał, że jest najlepszym piłkarzem świata. Stracił zupełnie cechę typową dla wielkich ludzi i wielkich sportowców, czyli dystans do własnych osiągnięć. Rok temu poczuł się już tak mocny, że chciał ponownie zastrajkować i wymusić na działaczach transfer, tym razem do AC Milan. Z dzisiejszej perspektywy widać, że włodarze Kanonierów popełnili błąd nie ulegając jego sugestiom, ale namawiając napastnika do podpisania nowego konkraktu. Kolejne rozgrywki były dla Togijczyka zdecydowanie mniej udane, a co gorsza mógł on mieć negatywny wpływ na atmosferę w szatni i w konsekwencji wyniki zespołu. Ostatnim powodem dlaczego nie będę płakał po odejściu tego utalentowanego napastnika jest hierarchia wartości, którą zdaje się kierować w życiu. Pieniądz jest na jej szczycie, albo przynajmniej w jego okolicach. Nie liczy się duma z noszonych barw, lojalność wobec kolegów z zespołu i kibiców. Liczy się to, co pobrzękuje w sakiewce. Czy to nie dziwne, że sportowiec, który zarabia tyle, że jego rodzina jest ustawiona na 2 pokolenia do przodu (tzn. 80 tysięcy funtów tygodniowo) zmienia zespół na sporo słabszy, tylko dlatego że dostał ogromną podwyżkę (o 50 - 90 tysięcy funtów, zależnie od źródła)? Niech na to pytanie każdy z Was, drodzy czytelnicy odpowie sobie sam. Ja za Emmanuelem w każdym razie tęsknić nie będę. Jestem prawie pewien, że Arsenal bez niego będzie lepszym zespołem. Do przeczytania,
czwartek, 16 lipca 2009
Spokojnie Panowie, spokojnie...
Ta notka miała zostać napisana już wczoraj, ale doszedłem do wniosku, że gniew i pośpiech nie są najlepszymi doradcami, dlatego odłożyłem to na dziś. Oczywiście tematem przewodnim będzie wczorajszy "mecz na wodzie", że tak pozwolę sobie (nad)użyć nawiązania do słynnego spotkania z Niemcami w 1974 roku. Wczoraj ok. 22:30 miałem ochotę nawrzucać tutaj kilku zadownikom, na czele z Wojtkiem "TrzystaTysięcyOjro" Łobodzińskim i Mariuszem "ZawszeWważnychMeczachMuszęCośSpieprzyć" Jopem. Dostałoby się także Jackowi Bednarzowi i Radzie Nadzorczej za to, że z powodu braku odpowiednich transferów ta dwójka musiała się w ogóle pojawiać na boisku, a na ławce nie mieliśmy nikogo wartościowego poza Piotrkiem Ćwielągiem. Jedynie trenera zostawiłbym wtedy raczej w spokoju, no bo przecież tak krawiec kraje jak mu materiał staje. Dzisiaj jednak już trochę ochłonąłem i uważam, że z ewentualną (tfu tfu) frontalną krytyką warto poczekać do rozstrzygnięcia dwumeczu. Miejmy nadzieję, że nasi wybitni futboliści po prostu zlekceważyli rywala, a za tydzień wsadzą mu kilka goli i spokojnie przejdą do kolejnej rundy. Jeśli miałbym doszukiwać się jakichś plusów we wczorajszym pojedynku, a właściwie w jego pierwszej połowie, bo drugiej z racji problemów technicznych i burzy nie było mi dane oglądać, to wskazałbym na Andraża Kirma. Już po jego kilku pierwszych kontaktach z piłką było widać, że ma pojęcie jak prosto kopnąć futbolówkę, zrobić zwód, czy przyspieszyć. Mówiąc krótko posiada atuty, których zwykle brakowało jego poprzednikowi na tej pozycji, czyli Markowi Zieńczukowi. Wydaje się, że ten chłopak ma potencjał, aby wymazać z pamięci kibiców dokonania Kamila Kosowskiego. Jeśli klub znalazłby tej klasy zawodników na pozycje, gdzie wzmocnienia są nam obecnie niezbędne (bramka, prawa obrona i napad), to ja nie mam więcej pytań. Pomarzyć zawsze można, nieprawdaż? Do przeczytania,
wtorek, 14 lipca 2009
40 godzin w podróży, czyli Levadia jedzie do Polski
Już jutro o 20:30 swoją przygodę z Ligą Mistrzów rozpocznie Krakowska Wisła. Pierwotnie miałem tu pisać o kontuzjach kluczowych graczy, braku prawego obrońcy, szopce z bramkarzami, relatywnie małej ilości sparringów, konieczności gry na "wiejskim" stadionie w Sosnowcu, ale na razie sobie odpuszczę (być może zajmę się analizowaniem tych spraw w dniu meczu). Większe wrażenie zrobiło na mnie to, że w jakimś kraju organizacja spraw związanych z rozgrywkami piłkarskimi może być na niższym poziomie niż u nas. Otóż zespół FC Levadia z Estonii, który będzie rywalem Wiślaków postanowił pokonać 1261 km (tak przynajmniej twierdzą gugielmapsy), czyli odległość dzielącą Sosnowiec i Tallin autokarem. Zaraz, moment... CZYM??? Piłkarze i sztab szkoleniowy Levadii wsiedli w autokar o 6 rano i wyruszyli w podróż do Polski. Dzisiaj o 20:30 mają odbyć trening na stadionie w Sosnowcu. W międzyczasie mieli zaplanowane treningi w Kownie i Białymstoku oraz nocleg w tym drugim mieście. Hmm, jestem bardzo ciekaw jak będzie wyglądała ich fizyczna dyspozycja po takich wojażach. Jestem pewien, że gdyby władze Wisły ogłosiły, że krakowski zespół na rewanż uda się czymś innym niż samolotem, to rozpętałoby się piekło na forach internetowych porównywalne z corocznymi atakami pod szyldem "Cupiał zabrał kasę, nie ma transferów, nie będzie mistrzostwa". Na koniec nachodzi mnie myśl, że być może włodarze estońskiego zespołu liczą iż wspólna podróż, oglądanie filmów i gazet, nocka w hotelu itp. zintegrują drużynę ;-). No i oczywiście przypomina się znany i kochany Dennis Bergkamp, który na wyjazdowe mecze Arsenalu w Lidze Mistrzów albo w ogóle nie jeździł albo podróżował własnym samochodem. Tylko że on nie oszczędzał kasy, ale po prostu bał się latać. Do przeczytania,
poniedziałek, 13 lipca 2009
Ech te cholerne spolszczenia...
Przenieśmy się na chwilkę do lat dziewięćdziesiątych. Nasz bohater, nazwijmy go Mikołaj, jest młodym chłopcem, urodzonym w połowie poprzedniej dekady. Jak wielu jego rówieśników zaczyna się interesować grami komputerowymi. Dość szybko zauważa, że najbardziej interesują go tytuły rozbudowane, z ciekawą fabułą, dużą ilością postaci i relatywnie długim czasem rozgrywki. Stąd też szybko "zaprzyjaźnia" się z takimi tytułami jak Fallout (obie części), Broken Sword i wiele innych. Rodzice naszego bohatera w miarę aprobują jego hobby, dzięki czemu Mikołaj może sporo czasu poświęcać ulubionej rozrywce. Jednak nieświadomie odnosi on z niej ogromne korzyści - uczy się bardzo dużo angielskiego słownictwa, wyrażeń, slangu etc. Dzięki temu dzisiaj nie uznaje tego czasu za stracony. Sytuacja dzisiejszych dzieci wygląda zupełnie inaczej. Dlaczego? No to wróćmy na chwilę do przerwanej opowieści. Nasz bohater (dzisiaj już kończący studia) od dłuższego czasu zastanawia się nad zakupem konsoli nowej generacji. Przegląda więc oferty sklepów internetowych i recenzje gier w 2 największych krajowych magazynach poświęconych elektronicznej rozgrywce. I co widzi? "Infamous PL", "Killzone 2 PL", "Assassin's Creed PL" etc. Ktoś powie - to wspaniały trend, doganiamy resztę Europy pod tym względem (Francuzi, Włosi czy Niemcy lokalizują prawie wszystkie tytuły). A ja na to - ale dlaczego odbieramy sobie możliwość grania w te przeboje w oryginale? Dlaczego ludzie kupujący filmy na DVD mogą się zdecydować czy chcą lektora, napisy czy po prostu wersję angielską, a gracz jest skazany na spolszczenie? Bo niestety w grach jeśli już pojawia się tłumaczenie, to zwykle z różnych powodów (obrona przed eksportem tańszej wersji lokalnej do UK, brak miejsca na płycie, głupota dystrybutora) wycinana jest ścieżka oryginalna. Panowie dystrybutorzy, weźcie się kopnijcie w głowę i pozwólcie graczom samemu dokonać wyboru. Do przeczytania,
niedziela, 12 lipca 2009
Ciężko jest być kibicem piłkarskim w tym kraju...
Jak co roku w lecie (chociaż teraz z związku z reformą wyjątkowo wcześnie) nasze wspaniałe drużyny klubowe zaczynają przygodę z europejskimi pucharami. Na pierwszy ogień poszła Polonia Warszawa, pieszczotliwie zwana czasem Groclinem. Zgodnie z regułami początkowych rund eliminacyjnych dostała za rywala zespół z piłkarskiego III świata, czyli w tym przypadku ... Pierwszy mecz wygrany na wyjeździe nie zapowiadał katastrofy, którą zafundowali swoim kibicom poloniści w rewanżu. I w tym momencie wartoby było postawić sobie pytanie - jak można z takim zespołem, grającym do tego w dziesiątkę, przegrać u siebie??? Czy naprawdę stoczyliśmy się tak nisko? Ale nie to jest chyba najgorsze. Najbardziej bolą wypowiedzi trenera i graczy, którzy albo są tak głupi albo tak nieudolnie próbują tuszować swoją indolencję wypowiedziemi w stylu: "Oni mają zbliżony poziom sportowy do nas" (by trener Grembocki). Panowie, proszę was, nie róbcie sobie z nas żartów... Statystyczny kibic naprawdę potrafi spojrzeć na ranking UEFA i zobaczyć jaka (teoretycznie) przepaść dzieli nas od Czarnogórców. Jeśli jesteśmy już przy temacie Polonii, to kontynuuje ona również popularny w tym kraju trend rozsprzedawania zespołu przed rozpoczęciem pucharowej "przygody". Do grającego w angielskiej Championship (czyli de facto II lidze) Nottingham Forrest ma odejść lider zespołu Radosław Majewski. Na sprawę trzeba spojrzeć z dwóch stron. Po pierwsze takie działanie świadczy nienajlepiej o samym graczu. No bo raczej transfer gracza przez wielu uznawanego za największy talent w tym kraju ("polski Cesc Fabregas", jak gdzieś o nim przeczytałem...) do klubu, który w II lidze zajął 19 miejsce na 24 zespoły chluby mu nie przynosi. Z drugiej strony natomiast świadczy o braku wiary prezesów w osiągnięcie jakiegokolwiek sukcesu. Zresztą patrząc (a właściwie czytając - o tym za chwilkę) na to, co Polonia na razie wyczynia może i warto przyznać im ze smutkiem rację. I tu dochodzimy do ostatniego tematu, który chciałem w tym wpisie poruszyć - transmisji telewizyjnych ze spotkań naszych zespołów. Nie mam zamiaru atakować tutaj żadnej konkretnej stacji, ale wszystkich razem. Jak to możliwe, że nikt nie pokazuje meczy naszych zespołów? Dla mnie wytłumaczenia TVP (Polsat ma prawa do spotkań dalszych rund, więc nie będziemy promować nieswojego produktu), Polsatu (nie da się na tym zarobić), czy TVN (mamy Ligę Mistrzów i nam wystarczy) są śmieszne. Jedynym pozytywnym aspektem jest presja, którą wywierają na klubach sami kibice i dzięki temu sprawa skończy się być może połowicznym zwycięstwem, czyli pokazaniem spotkań za darmo w internecie. Lepszy rydz niż nic chciałoby się rzec... Do przeczytania,
sobota, 11 lipca 2009
Witam wszystkich :)
Chciałbym wszystkich powitać na moim nowozałożonym blogu. Na początku chciałbym podkreślić, że jest to mój pierwszy blog, więc z góry przepraszam za wszelkie niedociągnięcia jeśli chodzi o sprawy "techniczne". Będę się tu z Wami, drodzy czytelnicy, dzielił swoimi przemyśleniami na różne tematy i zachęcał do polemiki. Pozdrawiam, |